Mój mały felieton
„Ludzie szukający miłości wielkiej, namiętności spalającej duszę do dna, muszą mieć oprócz tego pracę czy sztukę, która ich zaabsorbuje równie głęboko, by przeżyć upadki” – Wioletta Ozminkowski
Zacznę może od moich pierwszych skojarzeń, które napłynęły do mojej głowy tuż po przeczytaniu tych słów. Mianowicie, temat miłości jest przedmiotem rozważań już od wieki wieków. Nie jeden filozof starał się zgłębić jej tajemnicę, nie jeden pisarz próbował nakreślić nam jej obraz w swych dziełach. Mając tą świadomość pewnie nikogo nie muszę przekonywać, jak bardzo zagadkowa i niejednoznaczna jest to kwestia.
Jak wszyscy dobrze wiemy miłość jest również fundamentem, na którym zbudowana jest jedna z największych religii na świecie, którą jest wiara chrześcijańska. Już od najmłodszych lat uczymy się o tej nieskończonej i bezwarunkowej bożej miłości. O tym, że Bóg kocha nas tak bardzo, że poświęcił swego jedynego syna, który żeby nas zbawić, musiał przejść przez niewyobrażalne męki. A teraz, w okresie wielkanocnym mamy największą sposobność do tychże rozważań. „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”. (Ew. Jana 3:16)
Pani Wioletta Ozminkowski, mówi że ludzie którzy są gotowi na tak ogromną miłość, muszą mieć coś jeszcze, pracę czy sztukę, która nas zaabsorbuje tak, by móc przeżyć upadki. Jak to rozumieć? Czy chodzi o to, że nie da się żyć samą miłością, bo w przeciwnym razie może nas to doprowadzić nas w otchłań rozpaczy? Musimy mieć koniecznie coś jeszcze, by pozostać przy zmysłach? A może chodzi o to, że po prostu, powinniśmy w tym wszystkich pamiętać też o sobie?
Ja się nie zgadzam z żadną interpretacją. Owszem każda relacja miewa wzloty i upadki, nigdy nie będziemy całkowicie zgodni, nie da się całego życia przejść razem bez ani jednej kłótni. Lecz prawdziwa miłość „[…] Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego[…]”(1 Kor 13,1-13). Nie ma więc w niej mowy o upadku. Za to „współweseli się z prawdą”(1 Kor 13,1-13), powinniśmy więc nie uciekać się do innych zajęć ze strachu przed upadkiem, a uczestniczyć w nich, spełniać się w nich i cieszyć się nimi razem z naszą drugą połową.
Nie są to z mojej strony jedynie puste słowa. Oparte są raczej na doświadczeniu, bo choć może jestem młoda, i wiele osób zapewne prychnie cynicznie czytając to, bo co ja niby mogę o tym wiedzieć. Rozumiem to bo pewnie myślałabym to samo jeszcze dwa lata temu.
Wiele razy byłam już w całkowitej rozpaczy. Choć nikt tego nie zauważał, lub też nie chciał zauważyć... A może to ja, nieumiejąca kompletnie rozmawiać o tym co mi leży na sercu, robiłam wszystko żeby nikomu nie przeszło nawet przez myśl, że coś jest nie tak... Miałam wrażenie że tak naprawdę nie żyję. Czułam się jak szmaciana lalka, którą porzucono gdzieś w kącie i ostatecznie zapomniano. Nic nie przynosiło mi radości, na nic nie miałam sił. Tkwiłam w toksycznych relacjach i pozwalałam na pomiatanie sobą, przymykałam oczy gdy doznawałam krzywd. Bo myślałam, że na to zasługuję. A do tego ten okropny strach przed samotnością stał się dla mnie łańcuchem, trzymającym mnie desperacko przy ludziach, dla których byłam jedynie maskotką.
Od dziecka byłam marzycielką, pamiętam doskonale ile niewinnych planów wymyślałam. Miałam swój magiczny świat i myślę że byłam na swój sposób wyjątkowa dzięki temu. Później stopniowo odrzucałam wszystkie te marzenia w kąt. Tkwiłam w miejscu, przez tak wiele czasu, gdy pozbawiona byłam tego ciepła, którą daje miłość. I to właśnie ten brak miłości był dla mnie największym upadkiem, upadkiem w przepaść, przed którym nie umiałam i nie chciałam się obronić. Czekałam aż uderzę o dno. W końcu jednak, w tej ciemnej otchłani, tak jak w opowiadaniu Ryūnosuke Akutagawy (R.Akutagawa, Pajęcza nić), dostrzegłam srebrzystą, pajęczą nić. Minęło trochę czasu zanim postanowiłam się jej chwycić. Tak się cieszę, że nie zmarnowałam tej szansy. Okazało się, że wraz z przypadkowym spotkaniem, w moim tamtejszym wyobrażeniu zupełnie niezobowiązującym, przyszła miłość, odmieniając moje życie. Bo gdy spotkałam kogoś kogo kocham całą duszą, pozwoliłam sobie w końcu pomóc. Czułam się jak Śpiąca Królewna, która pogrążona w tym szarym śnie, w końcu otworzyła oczy, a to wszystko za sprawą jednego pocałunku. I to właśnie ta wielka miłość uchroniła mnie przed całkowitym upadkiem.
Komentarze
Prześlij komentarz